Życiowy zakręt – czy na dobre?

Witam wszystkich serdecznie,

Jeszcze raz przepraszam za tak długą przerwę. Długo się zbierałam, by napisać choć kilka słów o tym, co się aktualnie dzieje w moim życiu. Długo by o tym opowiadać, ale mam nadzieję, że uzbrojeni w cierpliwość będziecie ze mną.

Zacznę od tego, że miałam problem z egzaminami. Wpadłam w małą depresję i nie miałam wsparcia w osobie, u której powinnam je znaleźć od razu. Mój chłopak i ja studiujemy razem na roku, więc stres na egzaminach w moim wypadku jest podwójny. Jego jednak nie interesuje to, że ja się męczę i kuję, bo chcę zajść daleko w moim fachu. Wydaje mi się, że dla niego najważniejsze jest tylko to, by on zdał na tyle, ile on chce. Zawsze, gdy mu się nie udaje, swoją złość wyładowuje na mnie. Swojego zdenerwowania nie mogę wyładować w jego obecności, więc zaczęłam podjadać z nerwów. Mimo prób diety wciąż nie byłam w stanie sobie odmówić czegoś słodkiego. Tym bardziej zmusić do ćwiczeń. Można powiedzieć, ze wciąż gdzieś w środku tkwi we mnie niechęć do ćwiczeń, bo po co? I tak po kolejnej kłótni znów skuszę się na czekoladę. Straciłam dawną werwę nawet do nauki. Najlepszym zajęciem było gapienie się w okno godzinami.

Zaczęły się wakacje i praca. Z początku było całkiem dobrze. Dopóki nie pojawiły się kłótnie. Dzieląca nas odległość jest chyba katalizatorem wszystkich pretensji. Jednakże w domu mogłam odnaleźć siły, które pomagały mi przetrwać.

Do czasu…. [edit 12.09.2013]

… aż odkryłam kilka guzów na węzłach chłonnych. Wpadłam w panikę, ponieważ mam genetyczną skłonność do chorób nowotworowych. Nie chciałam mówić mamie, by jej nie martwić, w końcu sama również przez to przechodziła i nigdy nie chciała, by któreś dziecko cierpiało podobnie. Zaczęły się naświetlania, leki… znów spuchłam. Nie czułam się ani piękna, ani tym bardziej pewna siebie. Najgorsze było w tej chorobie jednak to, że musiałam przez nią przejść sama. Pomimo, że mój chłopak wiedział o moim stanie od początku, wcale nie zadał sobie trudu, by choć napisać smsa z zapytaniem, jak się czuję. Tak jakby zniknął na te kilka miesięcy z mojego życia. Moja choroba powodowała, ze często nie miałam na tyle siły w rękach, by utrzymać filiżankę, co dopiero telefon. Nie mogłam więc sama napisać czegokolwiek. Moje plany na wakacje odeszły w zapomnienie, bo najważniejsze było dla mnie dojść do zdrowia. Skoro On – mój ukochany – nie chciał mi w tym pomóc, to wykreśliłam go ze swojego życia, planów na przyszłość. Nie obchodził go mój los, więc czemu mam się przejmować jego losem? Nie chciałam mieć z nim nic wspólnego. Powoli doszłam do siebie, lecz po krótkim czasie moja sytuacja w domu się pogorszyła. Znów załapałam doła, gdyż nie miałam nikogo bliskiego. Kiedy nie było Jego, zdałam sobie sprawę, że tak naprawdę nie mam nikogo, z kim mogłabym pogadać. Świat poszedł do przodu… ja utknęłam w jednym ze wspomnień. Starałam się wyrwać. Myślałam, że dobrze mi idzie, gdy…

…. musiałam wrócić na zajęcia. Jedyny wykład, raz na dwa tygodnie, gdzie spotykam go… i wszystko wraca. Cały ten żal, który dusiłam w sobie tylko po to, by Go uszczęśliwić, te wszystkie łzy wylane przez niego. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że jest jeszcze coś. Starałam się zachować spokój, wypełniałam czas, by nie myśleć o nim. Poszłam na spotkanie studentów, a tam zobaczyłam… Jego z jedną z moich najlepszych koleżanek. Wtedy zaczęło się przede wszystkim porównywanie – stała się szczuplejsza, po prostu szczęśliwsza… On też zdawał się być szczęśliwy… ale kosztem moich uczuć. Oni spotykali się, gdy ja cierpiałam z powodu choroby, nie chciał ze mną pisać, bo znalazł sobie zdrowszą, ładniejszą, po prostu lepszą. A ze mną chce się przyjaźnić, gdy rozmawiał ze mną… dla mnie było jasne, że znów chce mnie wykorzystać, by z jakimś wynikiem skończyć studia. W końcu przez te trzy lata pomagałam mu w nauce…

Najgorsze jednak było to, że robił dla niej wszystko, czego nie był zdolny przez cały nasz związek zrobić dla mnie. Przychodzi po nią po zajęciach, pisze z nią na czacie, chodzą na randki – ja nie byłam według niego godna dostąpić takiego zaszczytu. Widzę ją często, mamy sporo wspólnych zajęć, z których nie będę rezygnować tylko dlatego, że jest tam ONA. Chciałabym wszystko zakończyć… JEGO najchętniej nie chciałabym widzieć wcale, ale i to nie będzie możliwe w najbliższym czasie.

W tym wszystkim znów zostaję sama – niby koleżanki dopiero tydzień temu powiedziały mi, że ON interesował się NIĄ od 10 miesięcy. Przez pół roku żyłam w nieświadomości, a tak urządziły mnie właśnie one. Gdybym wcześniej wiedziała, nie doszłoby do uderzenia mnie, poniżania, fałszywych aktów skruchy. Mam żal do nich wszystkich, skrywany na samym dnie mojego serca, który zatruwa każdy mój dzień.

Założyłam tego bloga, by móc nie tylko znaleźć inspirację życiową, ale też dzielić się szczęściem. Aby jednak dzielić się czymś, trzeba to coś posiadać, odnaleźć to w sobie. Niestety nie odnajduję w sobie ani piękna, ani pewności. To wszystko jest grą, którą odstawiam każdego dnia od rana, do momentu, aż znajdę się samotna w pokoju. Każdego dnia muszę nakładać maskę śmiałości, profesjonalizmu, radości.

Zawsze w życiu pragnęłam, bym obchodziła choćby jedną osobę na ziemi, kogoś spoza rodziny, który dobrze mnie zna. Wtedy wszystko inne idzie jak z płatka… teraz nie czuję niczego poza goryczą, a tego każdy ma pod dostatkiem w swojej codzienności – nie ma sensu czytać o takich perypetiach.

Chcę Wam wszystkim bardzo podziękować za swój czas poświęcony na czytanie, komentowanie, zwyczajną rozmowę ze mną. Dzięki Wam przetrwałam chociaż tą mistyfikację szczęśliwego związku. Chciałam opisać wszystko, dlatego ten post był pisany tak długo. Przepraszam za zwłokę.

KanaKorikO

3 Komentarze

  1. Trzymaj się kochana i łepek do góry. casem jest pod górę, ale pamiętaj ,że potem zawze jest z górki. I pomysl sobie co by było gdybyś do takich wniosków doszła po 10 czy 15 latach małżeństwa…a tak poznasz kogoś lepszego :)

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.